Szukaj
  • robertsieradzki

Czy tak już trzeba zawsze, do końca życia? A co jeśli popełni się odstępstwo, czy wtedy już koniec?

Luigi prowadzi hotel na wybrzeżu amalfitańskim, malowniczo położony na zboczu stromo opadającym prosto do morza. Żeby przejść jednego z dolnych pokoi na samą górę, na poziom ulicy, trzeba się porządnie nasapać. Ale tam, na górze, jest nagroda - niewielka restauracja z obłędnym widokiem na wodę. Na błękitnym bezkresie gdzieniegdzie stateczek. Na stole, śniadanie. Same słodkie bułki i ciasteczka. Owoce w syropie. I kawa, na szczęście mocna, czarna i bez cukru. Oczywiście można zamówić omlet albo jajecznicę. Tak też robię pierwszego dnia. I drugiego. Trzeciego dołączam do rodziny. Nakładam na talerzyk słodkie wypieki i masło. Jakie to wszystko smaczne! W dodatku po śniadaniu wcale nie czuję się źle. W doskonałych humorach jedziemy zwiedzać. Jak chyba wszędzie we Włoszech, wystarczy sięgnąć ręką, a dotknie się historii. Amalfi. Sorrento. Positano. Capri. Willa Ruffalo. Nieco dalej Pompeje, Wezuwiusz i niesamowity Neapol. Pizza margherita kosztuje od pięciu do ośmiu euro. Genialne gnocchi w sosie pomidorowym niewiele więcej. Przedtem chleb z mocno wypieczoną skórką, do którego prosimy o oliwę zastanawiając się, czy to faux pas czy też nie? Bo tu nikt nie podaje oliwy do chleba, traktowanego jako skromne czekadełko. Ale my za każdym razem maczamy chleb w oliwie, popijamy winem, nie mogąc nadziwić się prostocie tego wspaniałego smaku. Czy ja też? Ten chleb? Tak. A potem gnocchi. I nawet mały deser… I tak przez długie sześć dni.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo chciałbym, żeby każdy miał możliwość spędzenia kilku dni w tym wyjątkowym regionie. Ale pragnąłbym też w ten sposób odpowiedzieć na pełne rozpaczy i rezygnacji pytanie, które ostatnio zadał mi ktoś, rozważający przejście na ketogeniczny styl odżywiania:

Czy tak już trzeba zawsze, do końca życia? A co jeśli popełni się jakieś odstępstwo, czy wtedy już wszystko na nic?

No właśnie.

Czy keto oznacza, że nigdy już nie zjemy wiejskiego chleba z chrupiącą skórką? Jedwabistego sernika? Klusek ziemniaczanych w serowym sosie? Pizzy prosto z pieca? Że rozłożone przed każdą neapolitańską kafejką poranne słodkości, które mają towarzyszyć szybkiej kawie są nie dla nas? Bo sami podpisaliśmy na siebie jakiś smutny wyrok?

Odpowiem pytaniem na pytanie… Czy fakt, że w sylwestrową noc wychylamy kieliszek szampana za kieliszkiem oznacza, że musimy tak robić także każdego dnia nowego roku? Czy też może ta jedna noc w roku jest wyjątkowa? A my możemy cieszyć się nią w pełni, bo przez resztę roku nie nadużywamy alkoholu, tej zdradliwej trucizny którą nasz organizm toleruje tylko w niewielkich ilościach? Czym innym jest codzienność, a czym innym święto, podczas którego zapominamy o ograniczeniach. Jeżeli jesteśmy w dobrej formie, ta chwila zapomnienia w niczym nam nie zaszkodzi. Jedzmy, pijmy, bawmy się. Ale potem niech przyjdzie dzień, w którym z pewnością nawróconego grzesznika ominiemy wszelkie ciasteczka, likiery, lody i desery - źródła krótkotrwałej radości, ale na pewno nie źródła jakichkolwiek sensownych wartości odżywczych. Święto jest świętem między innymi dlatego, że podczas niego robimy rzeczy, których unikamy na co dzień. Bądźmy zdyscyplinowani, ale nie katujmy się nadmierną konsekwencją - że już nigdy, za żadne skarby, w życiu… Bo wtedy raczej na pewno któregoś dnia złamiemy się ostatecznie, machniemy ręką na te wszystkie ograniczenia i pójdziemy w długi kurs. I to dopiero będzie bez sensu, a nie te nasze małe grzeszki, te drobne uchybienia.

Poza tym - zjedzona raz na kiedyś tabliczka mlecznej czekolady cieszy. Ale czy tabliczka tej samej czekolady jedzona codziennie cieszy tak samo? Raczej nie. Nawet nie mamy siły odczuwać radości, nasze podtrute i zmęczone brakiem prawdziwego jedzenia ciało zaczyna dawać nam znać, że nie tędy droga. I mnie, pod koniec tej okołoneapolitańskiej wędrówki, dało odczuć, że czas wracać. Do domu i do jedzenia, które jest czymś więcej niż tylko pustą przyjemnością zmysłów. Poczułem się nagle zmęczony, opuchnięty, pojawiła się zgaga, mój nieodłączny towarzysz z lat ery przedketogenicznej. Dosyć. Pobawiliśmy się, ale teraz zróbmy coś dobrego dla siebie. Może krótki post? A potem jajka na chrupiącym bekonie, kawał porządnego steka albo ryby z kapustą kiszoną. Warzywa w sosie pomidorowym grubo posypane parmezanem. Uff, od razu lepiej. Wraca życie…

Jeszcze kiedyś powrócimy do Neapolu z jego niewiarygodnie wąskimi uliczkami, odrapanymi tynkami, przedziwnym językiem neapolitańskim którym mówi ponad siedem milionów ludzi ale którego nie można się nauczyć w żadnej szkole. Ale tymczasem znowu nabierzmy sił, które w nas ta piękna wycieczka nadszarpnęła. Nie znam - przynajmniej jeśli chodzi o jedzenie - prostszej i skuteczniejszej drogi niż keto. Ona daje siłę, młodość, sprawność umysłu, świetny nastrój. Trwalszy niż najpiękniejsze nawet wakacje.

Luigiemu i całej reszcie przemiłych Włochów dziękujemy ze serdeczne przyjęcie. A Wam - życzymy miłego dnia!

Daniel, Robert i zespół WJEM


84 wyświetlenia

Zamów newsletter

  • Facebook Social Ikona

© 2019 WJEM